by Laura Kneidl
dotykałam jego tułowia. Kiedy wsunęłam ręce pod jego koszulę i dotykałam ciepłej skóry,
wstrzymał oddech. Miał płaski i twardy brzuch i już nie mogłam się doczekać, by zbadać go nie
tylko palcami, ale i ustami.
Julian złapał mnie mocniej i między nogami poczułam pulsowanie. Pożądliwie
przesuwałam palcami po jego skórze, aż w którymś momencie natknęłam się na wypukłość.
Przypomniała mi się blizna na jego klatce piersiowej. Zamarłam tylko na chwilę, ale to
wystarczyło, by czar prysł.
Julian przerwał pocałunek i sięgnął po moje dłonie. Powoli wyciągnął je spod koszulki.
Przestałam czuć jego skórę, chłodne powietrze musnęło moje palce. Ze zdumieniem
otworzyłam oczy i spojrzałam w oczy Juliana. Miał rozszerzone źrenice. Nadal widać w nich
było pożądanie, ale na jego twarzy malowało się też coś jeszcze, coś, czego nie umiałam nazwać.
Nie wiedziałam, czy jest wystraszony, rozczarowany, zmartwiony czy może zupełnie źle
interpretuję tę minę.
Iskry mojego pożądania zgasły i zmieniły się w popiół. Czy to był żart? Rozumiałam, że
blizny były dla niego czymś nieprzyjemnym i przypominały mu to, o czym chciał zapomnieć, ale
przecież nie mógł ich przede mną ukrywać wiecznie. Zwłaszcza nie wtedy, kiedy leżałam przy
nim naga. Chciałabym znaleźć sposób, by w końcu zrozumiał, że te blizny mi nie przeszkadzają.
Jak mogłam mu to pokazać, skoro nie wierzył moim słowom?
Wyrwałam mu swoje ręce gwałtownym ruchem. Próbował mnie przytrzymać, ale mu na
to nie pozwoliłam. Zaczęłam się rozglądać za swetrem i zobaczyłam, że leży przy plecaku.
Pospiesznie włożyłam go na siebie. Nie chciałam dłużej być naga i gdybym się tak nie wstydziła,
poszukałabym też majtek, ale tylko przykryłam się kocem. Mocno złapałam materiał, zanim
znów spojrzałam na Juliana.
– Dlaczego… Dlaczego mnie okłamujesz?
– O czym…
– Powiedziałeś, że dzięki mnie mniej w siebie wątpisz – wpadłam mu w słowo. – Że przy
mnie możesz być sobą, ale to nieprawda. Nie ufasz mi tak samo, jak nie ufał mi Adrian.
W oczach Juliana nie było już pożądania.
– Nieprawda, ufam ci.
– Dlaczego więc nie chcesz ze mną być? – Patrzyłam na niego z oczekiwaniem
i czekałam na odpowiedź, która przekonałaby mnie, że jestem dla niego ważna. Nie nadeszła.
Między nami zapadła cisza i z każdą upływającą sekundą czułam się coraz mniejsza
i mniej znacząca. Jeszcze mocniej wbiłam palce w prześcieradło. W gardle czułam narastającą
gulę i nagle nie byłam już nawet pewna, jakie emocje odbijają się na mojej twarzy.
Julian miał zaciśniętą szczękę, a na jego zmarszczonym czole ze ściągniętymi brwiami
widać było cierpienie.
– Ja… nie mogę o tym mówić. – W jego słowach słychać było żal, jakby rozczarował
samego siebie tak samo jak mnie.
– Możesz mi powiedzieć wszystko.
Potrząsnął głową.
– Dużo ludzi przed tobą mi to mówiło.
Ale ja nie jestem tamtymi ludźmi, przemknęło mi przez głowę. Chciałam wytłumaczyć
Julianowi, że naprawdę może mi zaufać, ale co by to dało? Słowa nie stworzą zaufania, to mogą
zrobić tylko czyny. Skoro Julian tego nie wiedział, to walczyłam na przegranej pozycji.
Najbardziej bolało mnie to, że zaufał Rachelle. Ona znała prawdę.
– Proszę.
Poczułam zdradliwe pieczenie w gardle, zwiastujące łzy. Za wszelką cenę próbowałam je
powstrzymać.
Nie byłam smutna, tylko potwornie rozczarowana, zwłaszcza że ja pokazałam Julianowi
swoje strachy. Opowiedziałam mu o Adrianie i tych strasznych myślach, które pojawiły się,
kiedy Lilly zaszła w ciążę. A w nocy obnażyłam się przed nim. Nie tylko byłam po prostu naga,
ale też przestałam się przy nim kontrolować. W ciemno pozwoliłam mu przejąć władzę nad
moim ciałem i w zamian oczekiwałam czegoś od niego. Nie mogłam tak funkcjonować.
Potrzebowałam w swoim życiu ludzi, którzy nie tylko gotowi byliby mnie złapać, ale i sami
wierzyliby, że ja ich złapię, kiedy będą spadać.
– Micah. – Powiedział tylko to. Moje imię. Dotąd nie wiedziałam, ile bólu i rozpaczy
może się zmieścić w pięciu literach. Błagał mnie. Tylko że ja nie wiedziałam, czego ode mnie
chce. Zrozumienia? Otuchy? Miłości? – Nie wiem, co chcesz ode mnie usłyszeć.
– Prawdę, to wszystko. Chciałabym, żebyś był ze mną szczery. Ja… nie mogę być z kimś,
kto ciągle wyrzuca mnie ze swojego życia. Opowiedz mi o swoich rodzicach. O Sophii.
O bliznach. Co się stało?
Julian otworzył usta. Ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Żadna odpowiedź. Żadne
wyjaśnienie. Nic. Zrobił się szary jak popiół.
Chciałabym mu współczuć i gdzieś w głębi tliło się we mnie pragnienie, by go przytulić.
Cokolwiek się stało w przeszłości, nie wyszedł z tego bez szwanku i nie miałam na myśli tylko
jego blizn. W tamtej chwili nie potrafiłam jednak zdobyć się na współczucie. Przez całe życie
brałam pod uwagę innych ludzi, teraz moja kolej. Nie wymagałam niczego niemożliwego.
Wszystko, czego chciałam, to zaufanie mężczyzny, który w ostatnich miesiącach zajął miejsce
w moim sercu. Czy to było za dużo?
– Porozmawiaj ze mną – naciskałam. Złapałam się ostatniej deski ratunku, która też już
tonęła. Nie mogłam powstrzymać łez. – Powiedz mi o Sophii. Co się stało? Czy to był wypadek
samochodowy? – Po raz pierwszy powiedziałam o swoich podejrzeniach z nadzieją, że Julian
odbierze to jako szansę, by wreszcie się przede mną otworzyć.
Tak się nie stało. Wpatrywał się w dach namiotu. Nie obserwował jednak deszczu.
Wydawał się nieobecny, jakby właśnie nawiedziło go jakieś wspomnienie. Niedobre
wspomnienie. W jego oczach było tyle bólu, tyle cierpienia i… winy? Nieskończonej winy,
której nie umiałam wytłumaczyć, a która mimo to zapierała mi dech w piersiach. Jeszcze nigdy
nie widziałam człowieka z tak udręczoną twarzą i prawie się cieszyłam, że z oczu lecą mi łzy
i zasłaniają ten widok.
Powoli oderwałam palce od koca. Wbiłam je tak mocno, że miałam wrażenie, że stopiły
się z materiałem w jedno. Może to moja podświadomość chciała mi powiedzieć, żebym nie
odpuszczała i nie poddawała się.
– Julian…
Julian niespodziewanie wstał.
– Ja… muszę stąd wyjść.
Co? Chciał tak po prostu odejść?
– Julian…
– Nie! – przerwał mi gwałtownie i rozsunął suwak w namiocie. Dłonie mu się trzęsły.
Jakaś część mnie chciała go zatrzymać. Porozmawiać. Dowiedzieć się, co się stało.
Byłam jednak jak sparaliżowana.
Julian, nie mówiąc już ani słowa, wyszedł na deszcz.
Rozdział 26
Może nic o tym nie wiedząc, zamieniłam się w gargulca, bo inaczej nie umiałam sobie
wyjaśnić odrętwienia, w jakim się znalazłam. Zazwyczaj silne emocje dawały mi kopa, tak było
na przykład wtedy, kiedy po raz pierwszy napisał do mnie Adrian. Teraz jednak byłam jak
sparaliżowana. Nie ruszyłam się z miejsca, dopóki nie ucichły kroki Juliana w lesie. Tkwiłam
ta
m, aż deszcz zrobił się bardzo gwałtowny i myślałam, że zawali się namiot. Zostałam nawet
wtedy, kiedy się wypogodziło i słońce zaczęło przeświecać przez drzewa. Ciepło i deszcz
sprawiły, że powietrze w namiocie zrobiło się parne. Było mi to obojętne.
Nie wiedziałam po prostu, co mam zrobić. Jedyna osoba, która mogłaby mi pomóc
poradzić sobie w tej sytuacji, wystawiła mnie do wiatru, a przeczucie podpowiadało mi, że Julian
już nie wróci. Wprawdzie przyjechaliśmy tu moim samochodem, ale do miasta można było też
dojść pieszo. Może przechadzka w deszczu nie należała do najprzyjemniejszych,
prawdopodobnie jednak Julian wolałby przejść pięć kilometrów po rozżarzonych węglach niż
porozmawiać ze mną o Sophii i swojej przeszłości.
Czego on oczekiwał? Że pogodzę się z jego milczeniem i tajemnicami? Że nigdy nie będę
chciała zobaczyć go nagiego? Nie, seks nie był dla mnie najważniejszy, ale chodziło o coś
więcej. Chodziło o bliskość. A tej bliskości Julian najwyraźniej nie mógł mi dać.
Zastanawiałam się, czy mogłam zareagować jakoś inaczej, lepiej. Być może. Ale to samo
dotyczyło jego. Twierdził, że przy mnie nie wątpi w siebie, ale właśnie tak robił. Dlaczego więc
nie mógł mi zaufać? Najbardziej zależało mi na tym, by bliscy mi ludzie byli szczęśliwi, ale oni
wszyscy mnie lekceważyli. Moi rodzice. Adrian. I teraz jeszcze Julian. Pewnie zaraz zadzwoni
Lilly i powie, że nasza przyjaźń była dla niej tylko eksperymentem.
Z rozmyślań wyrwało mnie jakieś skrobanie. Podniosłam głowę i przed otwartym
wejściem do namiotu zobaczyłam Cassie. Bębniła palcami w dach, żebym ją usłyszała.
– Tak? – wychrypiałam.
– Dzień dobry – przywitała mnie z promiennym uśmiechem, opierając się o kulę, ale na
mój widok jej radość szybko zgasła. Uśmiech zniknął z jej twarzy, a na czole pojawiła się
zmarszczka. – Płakałaś?
– Tak – przyznałam. Nie było sensu zaprzeczać. Od wczoraj nie oglądałam się w lusterku,
ale wiedziałam, że mam czerwone zapuchnięte oczy i rozmazaną na policzkach maskarę.
Cassie rozejrzała się po namiocie.
– Gdzie Julian?
– Poszedł.
– Zabiję tego gościa – mruknęła z dzikimi błyskami w oczach. – Co zrobił? Skrzywdził
cię?
Potrząsnęłam głową.
– Pokłóciliśmy się.
Cassie spojrzała na mnie sceptycznie, nie ruszając się z miejsca. Nie weszła do środka,
przypuszczalnie dlatego, że przeciskanie się przez wąskie wejście z zagipsowaną nogą byłoby dla
niej prawdziwym wyzwaniem. I nie zmieniłby tego fakt, że dzisiaj zamiast królewskiej sukni
miała na sobie dżinsy.
– O co się pokłóciliście?
– To bez znaczenia – odpowiedziałam. Byłam zbyt zmęczona i wyczerpana płaczem,
żeby wchodzić w szczegóły.
Cassie nie nalegała.
– Cholera. Przykro mi.
– Dzięki.
Uśmiechnęła się do mnie ze współczuciem.
– Jesteś głodna? Zostało jeszcze trochę tortu z wczoraj.
Lubiłam jeść ciasta na śniadanie, ale teraz mój żołądek przypominał raczej zaciśnięty
węzeł. Gdybym zjadła chociaż kawałek, to pewnie w ten czy inny sposób zaraz bym się go
pozbyła.
Zapewniłam Cassie, że nie jestem głodna, ale poszłam z nią na śniadanie.
Około piętnastu osób siedziało na ławkach wokół wygasłego ogniska, z którego został
tylko popiół tak samo jak z mojego związku z Julianem. Z ulgą stwierdziłam, że nie było tam
Rachelle.
Siedziałam przy śniadaniu, ale byłam nieobecna duchem. Ludzie rozmawiali przede
wszystkim o nadchodzących testach śródsemestralnych i o tym, jak bardzo podobała im się ta
impreza. Nie brałam udziału w rozmowach, bo myślami nadal byłam przy Julianie. W którymś
momencie usłyszałam, jak Auri pyta o mnie szeptem Cassie. Odpowiedziała mu tak cicho, że nie
mogłam zrozumieć, ale po chwili poczułam na sobie ciężkie przygniatające spojrzenie Auriego.
Na szczęście pół godziny później śniadanie się skończyło. Wróciłam do namiotu, żeby
spakować plecak. Torba Juliana nadal tam leżała. Przez moment zastanawiałam się, czy jej po
prostu nie zostawić, ale nie chciałam się zachowywać dziecinnie, więc zabrałam ją ze sobą.
Nie byłam w stanie jechać od razu do domu. Nie byłam gotowa na spotkanie z Julianem.
Przypomniało mi się, że po randce z Aurim Cassie uciekła do Luciena. Ale kiedy pojadę do Alizy
albo Lilly, od razu zauważą, że coś jest nie tak, a nie miałam teraz ochoty na rozmowę o swoich
emocjach. Ruszyłam więc do miejsca, w którym za każdym razem poprawiał mi się humor: do
księgarni z komiksami.
W zeszłym roku Ted i Derek kupili ekspres do kawy i ustawili w księgarni sofę i kilka
stołów. Zamówiłam latte macchiato i usiadłam przy oknie. Z roztargnieniem obserwowałam
strumień ludzi przechodzących koło sklepu. Wpatrywałam się w ich twarze, obserwowałam ich
ruchy i zwracałam uwagę na szczególne cechy, które później mogłabym powtórzyć w swoich
rysunkach. Tak długo jak koncentrowałam się na tych ludziach, nie musiałam myśleć
o uczuciach. Mimo to ciągle napływały wspomnienia kłótni z Julianem. Jego słowa bez przerwy
rozbrzmiewały w moich uszach. Nie umiem o tym mówić. Nie oczekiwałam, że nagle zupełnie się
przede mną otworzy, ale nie mogłam zignorować jego przeszłości. Była jego częścią. Może
nawet mogłabym odpuścić, gdyby to, co się stało, było obojętne dla niego samego, ale
najwidoczniej tamte wydarzenia nadal bardzo mu ciążyły. W związku chodzi o to, by takie
brzemię nieść razem. Nie mogłam tak po prostu zamknąć oczu i pozwolić, żeby Julian dźwigał je
sam; nawet jeśli uważał, że tego właśnie chce. Nie byłabym jednak w stanie w pełni mu zaufać,
ponieważ bałabym się, że w każdej chwili może się załamać pod ciężarem przeszłości. Na
wspomnienie bólu i winy, jakie zobaczyłam w jego oczach, przez plecy przebiegał mi dreszcz.
Wzięłam głęboki oddech i zmusiłam się, by skupić uwagę na tym, co działo się tu i teraz.
I tak nie potrafiłam nic zrobić. Jedyną osobą, która mogłaby pokonać potwory Juliana, był on
sam.
Z mocnym postanowieniem, żeby zająć się czymś innym, wyciągnęłam tablet z plecaka
i zaczęłam rysować. Pierwsze linie były koślawe i niezgrabne, po prostu nie mogłam się skupić.
Szybko jednak się uspokoiłam. Rysowanie było dla mnie jak medytacja, więc po paru bazgrołach
odważyłam się od nowa zabrać do wizerunku Albtraumlady.
Zrobiłam już niezliczone szkice mojej bohaterki, ale z żadnego nie byłam naprawdę
zadowolona. Dzisiaj też nie poszło mi lepiej. W czterech pierwszych rysunkach nie udało mi się
wyjść poza kilka kresek. Były po prostu do kitu.
Szkic piąty: też do kitu.
Szkic szósty: naprawdę do kitu.
Szkic siódmy: bardziej niż do kitu.
Szkic ósmy: nie taki najgorszy.
Z powątpiewaniem przyglądałam się szarym liniom, układającym się w zadziwiająco
męsko wyglądającą kobietę. Do tej pory postrzegałam ją zawsze jako abstrakcyjną istotę.
Koszmar, jaki mógł się wymknąć z dziecięcego snu. Jednak w tej wersji była nie tylko pot
worna,
ale i elegancka. Dama. Miała na sobie garnitur z krawatem. Dłonie swobodnie trzymała
w kieszeniach. Jej usta rozciągały się w pewnym siebie uśmiechu. Ciemne włosy układały się
w ostro przyciętego boba. Potworne były tylko trzy pary czułek wyrastające z jej grzbietu jak
nogi pająka; za pomocą przyssawek mogła kraść sny i produkować koszmary.
– Dlaczego już nie jesteś tak bardzo nieszczęśliwa?
Zerknęłam znad rysunku na Teda.
– Udało mi się w końcu stworzyć sensowny projekt Albtraumlady.
– Nice. Więc już nie potrzebujesz kolejnej zachęty. – Wskazał na talerz, który trzymał
w ręce. Leżało na nim duże ciastko z kawałkami czekolady i dwiema świeżymi truskawkami.
Uśmiechnęłam się niewinnie.
– Nie zasłużyłam na nagrodę?
Ted chrząknął, ale postawił przy mnie talerz i usiadł naprzeciwko. Ciemne włosy związał
w kok, przez który Derek ciągle mu dokuczał. Ja jednak uważałam, że wyglądał w tej fryzurze
znakomicie.
– Co to jest? – Nie czekając na odpowiedź, Ted wziął tablet i obejrzał rysunek. Uważnie
mu się przyjrzał, powiększył linie i mruknął zamyślony.